Czy ból musi boleć? Ultra uczy nas jak polubić ból :)

Starty w ultramaratonach są jednak niezwykle wymagające i fizycznie, i psychicznie. Przygotowuję się do nich kompleksowo, głównie w trosce o własne zdrowie. W sezonie zimowym moja główna aktywność skupia się na przygotowaniu motorycznym. Przerzucam tony żelastwa na siłowni, po to, aby uchronić swoje ciało najbardziej jak się da przed kontuzjami, na które narażam je każdorazowo wystawiając na takie wyzwania jak 500km jazdy non stop w trudnym terenie. I naprawdę skutecznie mi się to udaje. Żadnych poważnych kontuzji się nie nabawiłam. Nie oznacza to jednak, że ultra jest dla mnie jak niedzielna przejażdżka nad rzekę 😊. Ultra boli. Ale większość uItrasów właśnie to kocha w ultra najbardziej. Bo ból da się polubić 😊. I o tym jak właśnie chciałam kilka słów od siebie Wam przekazać.

Faktycznie nie znam nikogo jeżdżącego ultra, kto na trasie wyścigu nie walczyłby z jakiegoś rodzaju dolegliwościami. Co może boleć podczas 30, 40 lub 100 godzin jazdy na rowerze bez przerwy?

Absolutnie wszystko 😊. Wbrew pozorom najmniej i najpóźniej zaczynają boleć nogi. Przekonałam się wielokrotnie, że nasze nogi przypięte do pedałów zupełnie nie potrzebują naszej świadomości, czy świadomej woli pedałowania. One się kręcą po prostu same i potrafią tak się kręcić bez końca. Oczywiście każdy rowerzysta/kolarz ma inne słabe punkty na ciele. Jedni pierwsze boleści zaczynają odczuwać w ramionach, plecach, pasie barkowym, inni w kolanach, jeszcze inni po kilku godzinach intensywnego wysiłku zaczynają walczyć z dolegliwościami żołądkowo – jelitowymi. Wszystkich ultrasów jednak łączy niezaprzeczalny fakt, że prędzej czy później każdy z nich opuszcza strefę komfortu i wiele kilometrów i godzin walczy ze swoim ciałem, przesuwając coraz dalej granicę odporności na ból właśnie. Wiele razy spotkałam się z powiedzeniem, że ultramaratony jedzie i wygrywa się głową i w pełni się z tym stwierdzeniem zgadzam. Ultra to największy sprawdzian siły woli, motywacji, determinacji, odporności psychicznej i samokontroli. Mówiąc o ultramaratonach mam na myśli trasy wymagające jazdy co najmniej 24h non stop. Kiedy zmuszeni jesteśmy zrezygnować ze snu, zmuszając nasze ciało do ogromnego wysiłku bez możliwości regeneracji.

Co takiego odczuwają kolarze ultra, że poddają swoje ciała takim torturom dobrowolnie?

W moim odczuciu ultrasi poszukują doznań niemalże metafizycznych. I właśnie podczas wielogodzinnego wysiłku je odnajdują. Kiedyś przeczytałam, że ultramaratończyk to nie osoba, która przejechała 500, 600 czy 1000km za jednym razem. To osoba, która doświadczyła halucynacji, utraty świadomości i możliwości panowania nad własnym ciałem jednocześnie ciągle pozostając w walce o zdobycie założonego celu. Faktycznie są to przeżycia metafizyczne, które ciężko opisać. Mi przytrafiły się kilkukrotnie. Jak do nich dochodzi? Organizm człowieka to maszyna kompletna. Do swojego działania potrzebuje jednak określonej ilości energii. Podczas ultramaratonu wydatkujemy ogromne jej ilości. Nie ma takiej fizycznej możliwości, żebyśmy podczas jazdy byli w stanie w pełni uzupełniać zużytą energię. Dość szybko powstaje duży deficyt kaloryczny i organizm zaczyna walczyć z jej niedoborem. To co dostarczamy do organizmu rozdzielane jest na najbardziej zaangażowane w wysiłek narządy. Oczywiście nasze zapasy szybko się wyczerpują, nie umiemy dostarczyć na bieżąco odpowiedniej ilości makro i mikroskładników, żeby zapobiec deficytom i w rezultacie zaczynamy słabnąć. Najwięcej naszej życiowej energii pochłania mózg. W sytuacji patologicznie niskiego poziomu energii w organizmie to właśnie jego funkcje zostają ograniczane, aby zaoszczędzić energię na inne narządy. Doświadczam za każdym razem na wyścigu takiej sytuacji. W pewnym momencie po prostu moje zmysły zostają przytępione. Zaczynam dużo gorzej słyszeć otaczający mnie świat, tracę kontrolę nad odbieranym przez moje oczy obrazem, problemy stwarza mi interpretacja tego co widzę i słyszę, wpadam w pewnego rodzaju stan nadświadomości – jakby letarg, pozostając jednak ciągle w ruchu i cały czas poruszając się na rowerze. Myślę, że energia potrzebna do działania mięśni jest nadal transportowana, ale mózg przechodzi w tryb „stand by” 😊. Bardzo wiele osób właśnie tego w ultra szuka, tego stanu nadświadomości, w którym tracimy pewną kontrolę nad ciałem, władzę nad nim przejmują mechanizmy samoobronne, ale nie tracimy chęci walki, siły woli i determinacji.

Praktycznie podczas każdego mojego wyścigu walczę z jakąś dolegliwością, która mocno utrudnia mi jazdę i pozbawia uczucia komfortu. Najczęściej „padają” mi kolana.

Po 20h jazdy bolą już naprawdę tak mocno, że każdy ruch jest potężnym wyzwaniem. Nauczyłam się jednak akceptować ten ból, współistnieć z nim i oswajać go. Pracą mentalną wytrenowałam w sobie przyjmowanie bólu podczas wyścigu jako absolutnie naturalny stan, z którym się nie walczy w głowie. Właśnie tak – nauczyłam się lubić ból, tak jak uwielbiam te wszystkie stany zmęczenia, wykończenia fizycznego. Oczywiście we wszystkim należy zachować zdrowy rozsądek i słuchać swojego organizmu. Żaden wyścig nie jest ważniejszy niż nasze życie i nigdy nie będę nikogo namawiać do zbyt dalekiego przekraczania granic własnych wytrzymałości. Ale na pewno zachęcam każdego z Was do zbadania, gdzie one są. I czy da się je przesunąć może odrobinę? A następnym razem może znów jeszcze kawałek? Podobno ból jest chwilowy, a chwała wieczna 😊. Ja wiem, że ból jest moim dobrym towarzyszem i razem dążymy do osiągania celów i spełniania marzeń. Bez niego żadna wygrana nie smakowałaby tak, jak smakuje, żaden wyścig nie dałby tyle satysfakcji, ile daje, żadna granica nie zostałaby przesunięta.

Następnym razem, kiedy podczas przejażdżki na rowerze poczujecie ból wynikający ze zmęczenia, powiedzcie mu: „Witaj przyjacielu, dobrze, że jesteś. Razem zdobędziemy ten cel, a dzięki Tobie moja satysfakcja będzie jeszcze większa”.

Autorka: Agnieszka Wojtala - rowerowa pasjonatka, która aktualne kolarskie życie dzieli pomiędzy jazdą na gravelu i na szosie.

To może Ci się spodobać